
Autor: Joanna Pachla
Aż 27 procent porwanych pada ofiarą syndromu sztokholmskiego, odczuwając solidarność ze swoimi oprawcami - wynika z biuletynu FBI z lipca 2007 roku. Sytuacja odwrotna, kiedy to porywacz odczuwa solidarność ze swoją ofiarą, zdarza się rzadko, ale historia zna już i takie przypadki.
- Grunt to wiedzieć, że sytuacja porwania działa w obie strony. W dużym stresie jest nie tylko porwany, ale i sam porywacz - zauważa Krzysztof Liedel, dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. - Oboje walczą o przetrwanie, o swoje być albo nie być. To dlatego wytwarza się między nimi specyficzna więź. Wbrew pozorom ich psychika działa na bardzo podobnej zasadzie.
Pokochać porywacza jak dziecko matkę? Da się
Psychologia nazywa to "przywiązaniem z pojmania", bo osoba porwana zachowuje się jak dziecko, przywiązując się do najsilniejszej osoby w swoim otoczeniu. W ten sposób zapewnia sobie ochronę, zwiększając szanse na przetrwanie. - Porywacz jest dla nich z jednej strony panem życia i śmierci, to on grozi, on atakuje. Ale z drugiej daje szansę na przeżycie, wykazuje oznaki współczucia, sympatii - opowiada Liedel.
To dlatego osoba porwana może podświadomie polubić swojego porywacza. Mózg będzie podpowiadał jej, że to jedyny sposób na przetrwanie. - Rzeczywiście jest tak, że szukamy kogoś, kto może nam zagwarantować bezpieczeństwo. Uruchamia się nasz instynkt samozachowawczy, zwracamy się do takiej osoby z prośbą o opiekę. Ale syndrom sztokholmski, który się tu uaktywnia, jest dużo bardziej prawdopodobny, jeżeli ze strony porywacza nie było bezpośredniej agresji psychicznej i fizycznej. Bo trudno przywiązać się do kogoś, kto bije i morduje - tłumaczy Liedel.
Zaczęło się od napadu. Zakładnicy mieli w nosie policję
Napady na bank nie są niczym nowym, ale ten z sierpnia 1973 roku zaskoczył wszystkich. To wtedy uzbrojony napastnik zaatakował Kreditbanken w stolicy Szwecji, żądając okupu w wysokości 3 milionów koron i przywiezienia swojego przyjaciela. Przez sześć dni we dwóch przetrzymywali zakładników, a kiedy policji udało się ich odbić odmówili współpracy, stając w obronie oprawców. Później albo milczeli w czasie przesłuchań, albo próbowali tłumaczyć swoich prześladowców. Nils Bejerot, szwedzki kryminolog i psycholog, który współpracował wówczas z policją, ukuł więc termin syndromu sztokholmskiego. Miał on oznaczać taki stan psychiczny, który nakazuje ofierze odczuwać sympatię do swojego agresora - wspomina Bejerot na swojej stronie, Nilsbejerot.se.
Na drugiej stronie przeczytasz o słynnych porwaniach i spektakularnej akcji odbicia zakładników