Wyrok ETS ws. Google. Więcej pytań niż odpowiedzi

Wyrok ETS ws. Google. Więcej pytań niż odpowiedzi

Fot. Robert Scoble/cc/flickr
Wyrok Trybunału UE ws. prawa do bycia zapomnianym przysporzy pracy Google'owi i prawnikom, bo rodzi więcej pytań niż odpowiedzi - oceniają eksperci. Inni obawiają się o równowagę między wolnością słowa a prawem do prywatności. KE i użytkownicy sieci się cieszą.

13 maja Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że Google musi usuwać z wyników wyszukiwania linki dotyczące danych osobowych osób prywatnych, jeśli zechce tego sam zainteresowany, a informacje go dotyczące są nieistotne lub nieaktualne. Jeśli Google nie uzna jakiejś prośby o usunięcie linku, będzie mógł być zaskarżony najpierw do krajowego nadzorcy ochrony danych, a potem do sądu

Orzeczenie zostało odebrane jako poparcie dla tzw. prawa do bycia zapomnianym (right to be forgotten), czyli prawa konkretnych osób do wymazania z obiegu publicznego dotyczących ich informacji.

W rzeczywistości orzeczenie nie uznaje żadnego nowego prawa. Zgodnie z dyrektywą o ochronie danych osobowych z 1995 r., konsumenci mają już prawo do usunięcia treści, orzeczenie przystosowuje te przepisy do rzeczywistości cyfrowej - powiedział PAP John Phelan z Europejskiej Organizacji Konsumentów (BEUC).

Dodał, że sąd uznał, iż w przeciwieństwie do świata offline, w świecie online można jednym kliknięciem zebrać bardzo dużo informacji o danej osobie. Dlatego musi zostać znaleziona równowaga pomiędzy swobodą wypowiedzi a prawem do prywatności - zaznaczył Phelan.

Interesującym aspektem wyroku jest fakt, że dane, które są przetwarzane zgodnie z prawem, mogą z czasem naruszać unijne prawo - zauważył. Dodał, że Trybunał nie był w tym względzie precyzyjny, ale orzekł, że z czasem dane mogą stać się nieistotne i nieaktualne i dawać podstawę do prośby o ich wymazanie.

Z kolei zdaniem Stefana Weiderta, współprzewodniczącego komitetu prawa technologicznego stowarzyszenia IBA i partnera w niemieckiej kancelarii Gleiss Lutz, wyrok ETS nie jest w pełni orzeczeniem w sprawie prawa do bycia zapomnianym, bo może tylko zabronić wyszukiwarce kompilowania określnych treści i tworzenia profilu danej osoby, ale nie nakazuje ich usuwania tam, gdzie zostały opublikowane, jeśli informacja jako taka nie narusza prawa. Jego zdaniem wyrok nie zabrania też pokazywania określonych informacji w innym kontekście, wyświetlanych według innych kryteriów wyszukiwania.

Wyobraźmy sobie taką sprawę: masz wypadek samochodowy i jest (w internecie) informacja na ten temat z twoim nazwiskiem. Co by się jednak stało, gdyby ktoś szukał informacji o samochodzie, a nie o osobie? Znajdzie ten sam artykuł, ale w innym kontekście. Tak ja odbieram (wyrok), to nie byłoby zakazane - powiedział PAP.

Dla mnie (wyrok) jest również polityczną deklaracją, która generuje więcej pytań niż odpowiedzi. To tylko początek drogi do prawa do bycia zapomnianym - dodał Weidert podkreślając jednak, że decyzja jako taka jest słuszna, aczkolwiek generuje wiele wątpliwości prawnych oraz pracy dla prawników, nadzorców danych i organizacji ochrony konsumentów.

Eksperci są zgodni, że wyrok będzie mieć poważne konsekwencje dla wyszukiwarek, a zwłaszcza dla Google'a, który ma dominującą pozycję. Wskazują, że firma musi znaleźć teraz sposób na poradzenie sobie z napływającymi prośbami o wymazanie linków, zarówno jeśli chodzi o technikalia jak i o sposób weryfikacji aplikacji. Niemiecki regulator zapowiadał, że Google ma wkrótce stworzyć mechanizm on-line do tego celu.

Czytałem, że do Google wpłynęło już tysiące czy nawet dziesiątki tysięcy takich próśb. Ale to nie oznacza, że muszą się oni zastosować do każdej z nich; każda sprawa jest bowiem inna i każda będzie badana oddzielnie - powiedział PAP ekspert brukselskiego think tanku Centre for European Policy Studies, Nicholas Hernanz. Uważa on jednak, że nie będzie to coś bardzo strasznego dla tak ogromnej firmy, która ma duże zasoby ludzkie i zarabia miliony na reklamie w całej Europie. To pewnie będzie obciążenie, ale akceptowalne - zaznaczył.

Wskazał jednak, że potencjalnie orzeczenie ETS może mieć w przyszłości konsekwencje nie tylko dla operatorów wyszukiwarek internetowych, ale także dla mediów społecznościach takich jak Facebook czy Twitter, a nawet dla Wikipedii. Google jest wielką firmą z milionami dolarów, a Wikipedia to mała fundacja, która nie ma zasobów, by poradzić sobie z tym wyzwaniem - powiedział Hernanz.

Jak wskazał, prawo do wymazania danych nie będzie raczej dotyczyć osób publicznych, choć kwestia ta nie jest jeszcze całkiem jasna. Jeśli zwykły obywatel poprosi o usunięcie prywatnych informacji na swój temat, to w porządku. Ale jeśli o to samo poprosi polityk, który nie będzie chciał, aby w Internecie były dostępne informacje na przykład na temat jego historii korupcyjnej, wtedy sąd może orzec, że prawo do bycia zapomnianym nie stosuje się do niego jako osoby publicznej - wyjaśnił.

Zauważył też, że w odniesieniu do osób publicznych mogą być wyróżnione dwie kategorie danych osobowych - dane dostępne publicznie dotyczące jego nazwiska, funkcji itd. oraz dane prywatne na temat jego życia rodzinnego, na przykład romansu. W tym drugim przypadku być może osoba publiczna miałaby prawo do żądania usunięcia takich danych w przeciwieństwie do informacji o korupcji.

Jako podawały media, z prawa do bycia zapomnianym chce skorzystać m.in. polityk starający się o powrót do czynnej polityki, który poprosił Google'a o usunięcie linków do artykułu opisującego jego zachowanie z czasów pełnienia funkcji publicznej. Z kolei mężczyzna skazany za posiadanie dziecięcej pornografii domagał się usunięcia z listy wyników linków do stron informujących o jego wyroku. Do giganta internetowego zwrócił się też lekarz, który żąda wymazania linków do stron zawierających negatywne opinie pacjentów na jego temat.

Jak jednak wskazał jeden z rozmówców PAP, są to ekstremalne przypadki i chodzi bardziej o codzienne przypadki jak usunięcie przestarzałych danych finansowych przy aplikowaniu o ubezpieczenie czy usunięcie informacji, jakie ktoś wrzucił na media społeczne jako nastolatek.

ETS wydał orzeczenie w sprawie skargi złożonej w 2010 r. przez obywatela Hiszpanii. Narzekał on, że w wynikach wyszukiwania po wpisaniu jego imienia i nazwiska Google odsyłał do artykułów prasowych sprzed 16 lat, które dotyczyły licytacji jego nieruchomości za długi. Hiszpan argumentował, że dług spłacił i nie chce, by jego nazwisko było wciąż łączone z tamtą sprawą.

Wyrok krytykują organizację zajmujące się swobodą wypowiedzi i otwartością w sieci. Musimy brać pod uwagę prawo osób do prywatności, ale wyrok ten budzi poważne obawy. Jeśli operatorzy wyszukiwarek internetowych są zmuszeni do usunięcia linków do legalnych treści publicznych, może to prowadzić do cenzury online. Sprawa ma poważne konsekwencje dla wszystkich rodzajów pośredników internetowych, a nie tylko wyszukiwarek - zwrócił uwagę w oświadczeniu Javier Ruiz z Open Rights Group.

Komisja Europejska argumentuje, że orzeczenie nie narusza prawa dostępu do informacji. Tu chodzi o ochronę danych osobowych w internecie, a nie o swobodę wypowiedzi. Google jako wyszukiwarka nie może powiedzieć, że przetwarza dane tylko dla celów dziennikarskich - napisała w informacji przesłanej PAP rzeczniczka KE ds. sprawiedliwości Mina Andreeva. Dodała, że nie będą usuwane informacje z archiwów gazet, ale w uzasadnionych przypadkach dane personalne z wyników wyszukiwań.

Podkreśliła, że nowe przepisy o ochronie danych, znajdujące się na etapie prac w Radzie UE, przewidują poprawione prawo do bycia zapomnianym. Po pierwsze, odwróciliśmy ciężar udowadniania: to firma, a nie osoba indywidualna będzie musiała dowieść, że dane nie mogą być usunięte, bo ich potrzebuje. Po drugie nowa propozycja Komisji zobowiązuje też kontrolera danych, który upublicznił dane, do podjęcia "uzasadnionych kroków" na rzecz poinformowania stron trzecich o tym, że dana osoba, chce usunięcia danych - podkreśliła rzeczniczka.

Sam Google w oświadczeniu przesłanym PAP napisał, że orzeczenie ma znaczące konsekwencje dla tego, w jaki sposób obchodzimy się z prośbami o usunięcie (danych). To jest logistycznie skomplikowane, nie tylko ze względu na wiele języków i potrzebę starannego przeglądu. Jak przemyślimy dokładnie jak będzie to działać, co może zająć kilka tygodni, damy znać naszym użytkownikom.

internet, google, ets, prawo do bycia zapomnianym
PAP
Czytaj także
Polecane galerie